Mocak_mobile_icon
Aplikacja mobilna
Zaplanuj wizytę w muzeum, sprawdź aktualne wydarzenia oraz zwiedzaj wystawy z mobilnym przewodnikiem.
Pobierz Zamknij
Languages

Dobry Bóg i marny Bóg – Małgorzata Rejmer

Małgorzata Rejmer (ur. 1985) – pisarka, doktorantka w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego.
W 2009 roku wydała debiutancką powieść Toksymia, za którą rok później otrzymała nominację do Nagrody Literackiej Gdynia. Prowadzi bloga Rejmer: skraje i skrawki na zwierciadlo.pl. We wrześniu 2013 roku ukazała się jej druga książka – Bukareszt. Kurz i krew.

To słowo-kamyk, słowo-szkiełko – pisarka – nie może mi przejść przez gardło.

Często spotykam ludzi w drodze, pod jakąś przystankową wiatą, w marszrutce, w pociągu, ludzi, którzy chętnie opowiedzą o sobie tyle, ile słów zmieści się w ustach, bo wiedzą, że zaraz znikną. Czasem pada pytanie „co robisz?”. To taka wariacja na temat pytania „kim jesteś?”.

Mówię, że jestem osobą piszącą. W zasadzie bezrobotną. Bo pisanie w moim wykonaniu to takie nie wiadomo co. Bez dyscypliny, planu dnia, czasem nawet bez przyjemności. Więcej nie­pisania niż pisania. Pustka, a potem, na tej ziemi jałowej, potoki słów, które płyną wraz z wodą, gdy zmywam naczynia albo obieram ziemniaki. Cudze słowa, haczyki, na których zaczepiam surowe płaty pomysłów. Potem krojenie zdań, wyrzucanie do kosza. Ani to praca w laboratorium, ani w bibliotece, raczej w ciemnej, brudnawej kuchni, do której nie można nikogo zaprosić i nie sposób jej posprzątać.

Pisarz, ten cwany drań, z definicji oszust, w powszechnej świadomości jest zasuszonym okularnikiem albo wyschniętym artystą życia, koniecznie alkoholikiem. A mnie pisarz wydaje się przede wszystkim urzędnikiem, który z mozołem zbiera na kupę sterty zdań, odsiewa, dokłada, sprawdza, czy wszystko się ­zgadza. Urzędnikiem z poczuciem winy i wiecznym niespełnieniem, niejednokrotnie porażonym bezsensem swoich starań, przygnębionym skalą swoich ograniczeń.

A jednak ludziom wydaje się, że pisanie jest namiastką wolności. Zdania produkują się same dzięki urządzeniu na korbkę, którą kręci wena, w związku z czym pisarz powinien tylko skupić się na zbieraniu doświadczeń, rozmowach z prostytutkami i menelami, na piciu i rozwiązłości. Kiedy pisarz wraca po kilkudniowej libacji, drobno zapisany plik kartek leży na jego biurku. Wena się postarała.

Tymczasem złudzenie wolności dotyka pisarza tak jak każdego człowieka – tylko na chwilę. I zaraz znika, przygniecione ciężarem obowiązków, rutyny i skrupulatności. Pisarz, jak każdy człowiek, wiecznie musi trzymać się za mordę. Uważać na uzależnienia. Nie wychylać się za bardzo ze swojej wieży, żeby nie roztrzaskać sobie głowy. Pilnować serca, żeby nie pękło.

Sześć lat temu, po napisaniu reportażu o Stanach Zjednoczonych, redaktor pewnej gazety zaproponował mi napisanie tekstu, który miał być przepustką do kariery. Poszłam więc w teren, znalazłam bohaterów, nagrałam ich wypowiedzi – ale później, pisząc, uświadomiłam sobie, jak łatwo jest coś domyśleć. Temu panu włożę w usta to i to. Tę panią wymyślę od nowa. A tutaj będzie taka sytuacja.

Redaktor pochylił się nad tekstem. Zakreślił to, co dobre. Wszystko, co dobre, było zmyślone. Niech pani poprawi resztę, powiedział redaktor.

Wtedy zrozumiałam, że nie mogę być reporterką. Nie można zaczynać pisania prawdy od kłamstw.

Postanowiłam, że skoro tak dobrze idzie mi wymyślanie, skupię się na fikcji. Dwa lata później zaczęłam pisać Toksymię i na siedem tygodni zniknęłam ze świata. Wieczorami mój chłopak wyprowadzał mnie na krótkie spacery po trajektorii kwadratu. Nazywałam je karniakami, bo stanowiły przymusową eksmisję ze świata tekstu do świata rzeczywistego. Samochody były zbyt głośne, budynki za wysokie, twarze podejrzane i nieludzkie, a ja czułam się jak więzień, który opuścił bezpieczną celę.

Kiedy pisałam, ogarniała mnie euforia. Nigdy nie czułam się tak wolna jak wtedy, gdy zanurzyłam się w książkę. W mój własny świat, moich ludzi. Ten zespół pokracznych postaci, którymi kierowałam. Różne robiłam im świństwa. Kilku w ostatniej chwili zostawiłam na lodzie, kilku podarowałam namiastkę happy endu. Byłam dla nich Bogiem złośliwym i podstępnym.

Ale bycie Bogiem ma tę zaletę, że Bóg, pewnie jako jedyny na świecie, jest wolny. Ja byłam bogiem małym i marnym, i tylko przez chwilę. Ale zasmakowałam wolności.

Toksymia jest przesiąknięta historiami, które ktoś mi kiedyś opowiedział, ale nikt nie ma wątpliwości, że to fikcja. Minęło trochę czasu, wyjechałam do Bukaresztu i ciągle dostawałam drobne prezenty – opowieści. Ludzie odtwarzali przeszłość z małych zdarzeń, które utkwiły im w pamięci. Z obkładania lodowatej deski klozetowej papierem, żeby nie dostać zapalenia pęcherza. Ze spacerów obok sklepu z zabawkami, w którym nie można było kupić zabawek, ale za darmo można było dostać brak, pustkę, gorycz i strach.

Pisanie reportaży o Bukareszcie nie miało nic wspólnego z wolnością pisania Toksymii. Teraz musiałam drobiazgowo trzymać się faktów i sensów, które nadali inni. Moim bohaterom byłam winna prawdę – ich prawdę, tę, którą sobie wymyślili, żeby żyć i przeżyć.

Pisząc prozę, mogę wymyślić historię życia fikcyjnej postaci, od narodzin do śmierci. Jeśli chcę, bohater staje się metaforą albo marionetką. Co innego, kiedy siedzi przede mną siedemdziesięcioletnia kobieta i godzinami z najważniejszych punktów układa mapę swojego życia. Już wie, kiedy popełniała błędy.
Już wie, w którym momencie system łapał ją za gardło i nie puszczał. Wie, że stała się ofiarą polityki, a jej wolność była tylko swobodną wędrówką po labiryncie bez wyjścia. Słucham jej historii i poraża mnie myśl, że teraz obydwie możemy objąć bezkres 70 lat jej życia. Wszystkie niewiadome zostały znalezione, a jednak równanie nie ma sensu. Przeglądam się w jej oczach – co będę mogła opowiedzieć, jeśli dożyję jej wieku? Co, z perspektywy lat, da mi moja pisarka wolność? Czy będzie poczuciem przestrzeni, czy pustki? Spełnieniem, czy klęską?

Kiedy piszę prozę, moje ja triumfuje i puszy się. W każdą z postaci wkładam skrawek siebie – ze szczególną satysfakcją, gdy tworzę bohaterów egoistycznych i perfidnych. Ale kiedy pracuję nad reportażami, nie mam już prozatorskiej wolności. To bohater jest najważniejszy, nie ja. Moje ja odsuwa się na bok. Jest wtedy tylko uchem, które słucha. Ręką, która pisze. A jednak czasem mam ochotę napisać życiorysy moich bohaterów na nowo, jak przystało na pisarkę. Stać się ­wreszcie dobrym Bogiem, takim, który nie uznaje strachu ani klęsk.