Mocak_mobile_icon
Aplikacja mobilna
Zaplanuj wizytę w muzeum, sprawdź aktualne wydarzenia oraz zwiedzaj wystawy z mobilnym przewodnikiem.
Pobierz Zamknij
Languages

Galeria Otwarta - z Rafałem Bujnowskim o sztuce na billboardach rozmawia Maria Anna Potocka

MARIA ANNA POTOCKA: Ten numer czasopisma dotyczy popkultury, czyli myślenia, które doprowadza do tego, że kultura i sztuka zaczynają być szerzej i łatwiej dostępne. Nie chodzi o dostępność fizyczno-instytucjonalną, ale przede wszystkim o dostępność ideową. Ty w tej sprawie sporo zrobiłeś. Najpierw w swojej sztuce pozbawiłeś obrazy elitarności i ekskluzywności i w ten sposób odczarowałeś malarstwo z jego snobistycznej wyjątkowości, a następnie wyprowadziłeś obrazy na ulicę…

RAFAŁ BUJNOWSKI: To dwie różne sprawy, które się jednak łączą. Rzeczywiście przez pewien okres powielałem obrazy, robiłem edycje. Chyba dlatego, że jeden obraz robiło się tak łatwo. Czasem malowanie takiego „edycyjnego” obrazu zabierało pięć, dziesięć minut. Więc żeby temu nadać sens pracy trzeba było ich zrobić więcej. Pamiętaj, że to były czasy młodego kapitalizmu. Akcja – reakcja, odpowiedź na wymogi czasu. Zgadza się? Trochę z tego myślenia powstała galeria billboardowa, bo wtedy pojawiły się billboardy reklamowe. I zainteresowały mnie jako publiczne miejsca na pokazywanie obrazów. Teraz ich nienawidzę.

Założenie galerii na ulicy, na billboardach, to był gest jakiegoś wkurzenia… manifestacja odcięcia się od czegoś?

Częściowo sama sobie odpowiedziałaś. To było wkurzenie na elitarność, na nobliwość, zwłaszcza krakowskiego środowiska artystów, na ich nietykalność. Kiedyś sztuka była inna, może potrafiła to wytrzymać. W 1998 roku, kiedy powstała Galeria Otwarta, sztuka według mnie miała inne potrzeby. Wolała ulicę niż salon.

Jak to było możliwe, że ty, człowiek raczej prywatny i zamknięty w sobie, założyłeś galerię billboardową i wyszedłeś na ulicę?

Pewnie żeby walczyć ze swoimi słabościami. Podobno klauni to najsmutniejsi ludzie na świecie.

Długo ją prowadziłeś?

Prawie cztery lata. Do 2002.

Ile wystaw zrobiłeś?

Nie wiem dokładnie, nie prowadziłem inwentaryzacji. Ale pewnie kilkadziesiąt.

Aż kilkadziesiąt? A nikt nie zrobił z tego porządnego opracowania?

Nie.

A została po tym przynajmniej jakaś dokumentacja?

Tak, ale niestety dość licha, bo to było jeszcze przed cyfrówkami. Mam spore pudło starych, trochę posklejanych zdjęć.

Jacy artyści wystawiali w twojej galerii?

Ci, którzy chcieli, krąg znajomych, przede wszystkim środowisko krakowskie. Ale ludzie z zewnątrz też, między innymi Wojtek Kucharczyk z Katowic.

Na czym polegało robienie wystawy?

Niektórzy coś naklejali, inni malowali na miejscu, w nocy.

To był jeden billboard?

Nie, trzy, w porywach cztery, na każdym inna praca.

Czyli równolegle pokazywałeś kilku artystów?

Sami się pokazywali i jeden autor robił prace na wszystkich. Ale tak naprawdę to nie było żadnych reguł. Jak komuś odpowiadał tylko jeden billboard, to robił na jednym.

Wybierałeś tych artystów, czy była kompletna dowolność?

Nie aż dowolność. Najpierw mi ktoś opowiadał o tym, co chce zrobić. Jak pomysł był chybiony i miałem podejrzenie, że billboard będzie pusty, to sprawa się rozchodziła. Jak pomysł był konkretny i miał sensowny projekt, to dochodził do skutku.

Jednak w większości były to pokazy artystycznie dobre. Przynajmniej te, które pamiętam, bo nie widziałam wszystkich i w ogóle nie miałam świadomości, że było ich aż kilkadziesiąt.

No tak, bo występowali dobrzy artyści.

Czy sam fakt, że trzeba było coś namalować na ulicy, bezinteresownie, na billboardzie od razu eliminował tych kiepskich?

Być może.

A jak uzyskałeś dostęp do billboardów?

Jeden był mój. Razem z kolegami zmontowaliśmy tablicę z blachy.

Nielegalnie?

Legalnie.

Dostaliście na to zgodę?!

Tak, od zakładu energetycznego, bo to było na budce trafo, na rogu Dietla i Krakowskiej. Dwa inne billboardy wynajęła mi nieodpłatnie firma AMS.

Sam prowadziłeś tę galerię? Nie byli w to zaangażowani inni ładnowcy? To była twoja koncepcja?

Tak, akurat ta tak. Marcin Maciejowski był odpowiedzialny za pismo „We Wtorek”.

A Wilhelm Sasnal za co był odpowiedzialny?

Współpracował i z pismem, i z galerią. Choć bardziej związany był z pismem.

A reszta? Firek? Czy on już nie brał udziału w tej akcji?

Brał, brał. Wszyscy coś przygotowywali, dokładali się do całej pracy. Na przykład robili wystawy w piśmie.

Ile własnych wystaw zrobiłeś w Galerii Otwartej?

Kilka, może kilkanaście. Nie tyle wystaw, ile raczej plakatów. Nie liczyłem tego, nie było takiej potrzeby.

Głównie malarskie?

Niekoniecznie. Były też przyklejane grafiki do zdarcia. Popkultura. To były oryginalne linoryty podpisane ołówkiem.

Przez kogo?

Przez autora, wtedy akurat przeze mnie.

A ile ich było?

Kilkadziesiąt. Były przyklejone na jednym billboardzie do zdarcia.

A co na nich było?

Jakieś przedmioty, dobra codziennego użytku. Pamiętam grzebienie i kasety VHS... Ponieważ były do zdarcia, więc szybko zniknęły. Pewnie ludzie zrywali, może dlatego, że im się to wydawało „śmieszne”.

Nigdy się nie pojawiły na rynku?

Raczej nie. Pewnie przepadły, bo były na kiepskim papierze.

Nie pozostał po tej galerii jakiś druk? Coś w rodzaju katalogu zbiorczego?

Nie, niczego takiego nie było.

A czasopismo „We Wtorek” nie reprodukowało wystaw z billboardów?

Tylko kilka, i to w postaci tych ksero.

To dobrze świadczy o tej galerii. Nie była nastawiona na wieczność, tylko cieszyła się tym, co doraźne. A jaką ty miałeś korzyść artystyczną z niej?

To był dla mnie rodzaj weryfikacji. Można było bardzo łatwo i szybko sprawdzić, czy coś ma taki zewnętrzny sens. Pokazywałem swoje prace zupełnie przypadkowym, hardkorowym odbiorcom. Lekcja realizmu billboardowego. Mogłem sprawdzić, co na ulicy zostaje osprejowane w stylu „ty chuju jebany spierdalaj z naszej dzielnicy”, a co zostaje nieruszone i uszanowane. Wiesz, ludzie ulicy pewne rzeczy doceniają. To był taki obóz przetrwania. Żaden profesor nie zgodził się na wystawienie się na ulicy.

Ale proponowałeś im?

Pewnie, prawie wszystkim, z którymi miałem styczność.

I żaden się nie zgodził?

Nie. Mimo że zachęcałem: „Panie profesorze, bo my naprawdę czekamy na pana udział w tej naszej galerii”.

To ciekawe, co wcześniej powiedziałeś, że dzięki tej galerii udało ci się przeniknąć reakcje społeczne.

Nie przeniknąć, bo nie jestem przenikliwy, ale trochę zrozumieć, owszem. Wielu malarkom i malarzom przydałaby się taka lekcja. Bo płótno zniesie wszystko, ale tak naprawdę interesujące jest to, jak obraz działa, jak potrafi kogoś zranić lub połechtać. To jest cyniczne, bo tak przecież działa reklama, którą się every day pokazuje na billboardach.

Takie podejście byłoby cyniczne, gdyby dotyczyło obrazów przeznaczonych dla galerii i muzeów. Ale wyjście na ulicę ma odmienne zasady. Tam bardziej liczą się prawa innych. W momencie, kiedy wchodzisz w przestrzeń publiczną, musisz się liczyć z tym, o czym mówisz i do kogo mówisz.

Ale taka świadomość, taka wiedza może skutkować jakimś cynizmem. Chyba.

Jak często chodziłeś między tymi billboardami?

Mieszkałem obok nich, więc je widziałem.

Ale podchodziłeś, patrzyłeś na ludzi?

Jak działają, jak reagują? Nie. Sprawdzałem tylko, czy są jakieś komentarze albo jakieś destrukcyjne interakcje, bo mnie przed czymś takim ostrzegano. Głównie ze strony ludzi ulicy, czyli graficiarzy, bo to było mocne środowisko, znacznie mocniejsze niż artystów. Spotkałem się nawet z ich guru i król sprejów zaakceptował działalność GO.

A co się działo z pracami po wystawach?

Przykrywały je następne.

Czyli każdy artysta wiedział, że tworzy dzieło na straty?

Absolutnie.

To było zawsze malowane albo nalepiane bezpośrednio na tablicy?

Tak.

Zmieniał się cały billboard czy tylko fragmenty? Bo czasami było paru artystów na jednym billboardzie.

Raczej każdy chciał całość. Mimo że to było ogromne, bo miało dwa na pięć metrów. Wtedy billboardy dopiero się w Polsce pojawiły. Mówię o tych komercyjnych. Dla wszystkich były nowym doświadczeniem. Potem zaczęła się ta lawina, która już przekroczyła punkt krytyczny. To jest jakiś kataklizm. Należałoby ogłosić stan wyjątkowy i regulować te obrazy na billboardach. Ale wtedy to była nowość. Takie kolorowe, fajne, Zachód i kapitalizm. Wszyscy lubili billboardy, nie było jeszcze obecnego sprzeciwu. Teraz już mnóstwo ludzi zaczyna z tym walczyć.

Ty jako malarz masz zapewne znacznie większe przewrażliwienie wizualne i bardziej cię to dręczy. Ja billboardy reklamowe odbieram jak hałas. Taki pisk i wysokie tony. Dlaczego ta galeria się skończyła?

Powodem była naturalna śmierć ze starości.

Naturalna? Po trzech latach?

Tak.

Nie było artystów, którzy chcieli wystawiać, czy ty się znudziłeś? Czy też zaczęły być za duże odległości między wystawami i wszystko zdechło z braku energii?

Połączenie tych wszystkich przyczyn. Wtedy zaczęła działać Galeria AMS, profesjonaliści wyszli na ulicę. Przestało to być miejsce dla nas.

Czego się nauczyłeś, prowadząc tę galerię? Oprócz tego…

…jak obraz może działać? Nie wiem, czy mi to dało coś szczególnego. Może nabrałem trochę śmiałości. W końcu polegało to na występowaniu i wystawianiu publicznym.

Ale co ty miałeś z tego, że pokazywałeś innych?

Koleżeństwo, przyjemność bycia w grupie, poczucie wspólnoty. Takie rzeczy. A przy tym udział innych oznaczał akceptację idei malowania na ulicy.

Traktowałeś to jako działalność artystyczną czy kuratorską?

Artystyczną.

W pewnym sensie stworzyłeś więc dzieło sztuki pod tytułem „Galeria Otwarta”?

Można tak powiedzieć. Była to wypowiedź autorska.

Ale to nie była otwarta intencja od samego początku? Dopiero teraz tak to widzisz?

Intencja, że to będzie sztuka? Takich intencji zawsze lepiej unikać.

Czy artyści, którzy wystawiali u ciebie, mieli świadomość, że stają się częścią twojego dzieła?

Nie, chociażby dlatego, że ja tej świadomości nie miałem. Ale wierciłem w tych billboardach dziury i mocowałem blachę, więc byłem autorem tego ulicznego blejtramu. A przy tym Galeria Otwarta była częścią działalności Grupy Ładnie. To była również forma jej aktywności i ujawniania tej właśnie energii.

Kiedy Grupa się skończyła?

Po studiach. Miała charakter studencki, galeria też miała taki charakter, taką przypadkową strukturę. Ktoś to nazwał potem popbanalizmem. Wieczorem się malowało to, co się jadło na śniadanie. Taka mogłaby być definicja popbanalizmu na użytek tej rozmowy.

W których miejscach Krakowa były billboardy Galerii?

Na rogu Dietla i Krakowskiej był ten prywatny, przez nas przykręcony. Pierwszy z wypożyczonych przez AMS był na końcu Dietla przy Wiśle, drugi na Królewskiej. Na wszystkich było logo galerii. Jak widzisz, od początku było to robione z rozmachem. Logo przedstawiało ludzika narysowanego w estetyce znaków ulicznych i zainspirowanego słynnym schematem Leonarda da Vinci.

Kto zrobił logo?

Ja, będąc studentem wydziału grafiki. Mam jeszcze szablony do malowania logo. To było fajne przez swoją nadgorliwość, naiwność zmieniania świata. Studenci mają coś takiego. To nie jest naiwność, tylko młoda bezinteresowność, nikt nie myślał o robieniu kariery czy sławy albo pieniędzy. Wszystko się robiło ze spontanicznych pobudek, ze światopoglądowej potrzeby. Dawniej, przed kapitalizmem, takie postawy dotyczyły również dorosłych artystów. I możesz mieć rację, że teraz, w rzeczywistości kapitalizmu coś takiego nazywa się naiwnością.

Czy były jakieś reakcje prasowe na Galerię Otwartą, pisali coś o was, ktoś te działania dokumentował?

Coś było, ale niestety nie zachowało się w moim archiwum.

A jak to było postrzegane? Że bawią się dzieci czy że zbuntowana młodzież robi rewolucję artystyczną?

Że studenci ASP to i tamto…

Dla dziennikarzy to powinno być superinteresujące zjawisko. Można było dużo pisać o sprawach społecznych, nieartystycznych. Robili jakieś wywiady z tobą?

Bogu dzięki, nie. Pamiętam, że w „Machinie” ukazała się wzmianka o galerii. To były czasy, kiedy spotkałem Michała Kaczyńskiego i Łukasza Gorczycę. Michał pisał tam takie felietoniki i napisał również o Galerii Otwartej.

Dziękujesz Bogu, że nie robili wywiadów… W takim razie podwójnie dziękuję za zgodę na ten.

Piszecie o „popkulturze”, więc te zdjęcia sprzed ponad dziesięciu lat mogą mieć sens. Dzięki.

 

Rafał Bujnowski (ur. 1974) – malarz, grafik, autor video, instalacji, akcji artystycznych. Absolwent grafiki krakowskiej ASP. Od 1995 do 2001 roku razem z Marcinem Maciejowskim, Wilhelmem Sasnalem, Markiem Firkiem i Józefem Tomczykiem „Kurosawą” współtworzył Grupę Ładnie i współredagował pismo „We Wtorek”. W latach 1998– 2002 prowadził Galerię Otwartą na billboardach w centrum Krakowa.