Mocak_mobile_icon
Aplikacja mobilna
Zaplanuj wizytę w muzeum, sprawdź aktualne wydarzenia oraz zwiedzaj wystawy z mobilnym przewodnikiem.
Pobierz Zamknij
Languages

Pole namiotowe Mokotowska - Karol Sienkiewicz

Postawienie namiotu na Mokotowskiej było pierwszą próbą przeniesienia na polski grunt idei Ruchu Oburzonych. Ale Mokotowska to nie nowojorska Wall Street.

Kilka lat temu na ekranach kin gościł niemiecki film Edukatorzy (oryginalny tytułDie fetten Jahre sind vorbei) z Danielem Brühlem i Julią Jentsch w rolach głównych. Trójka młodych bohaterów filmu mści się na klasie posiadającej, robiąc wymyślne psikusy bogaczom. Pod nieobecność właścicieli włamują się do rezydencji i rozrabiają. Pewnego razu mają jednak pecha, w wynikunieszczęśliwego zbiegu okoliczności muszą wziąć zakładnika – bogatego pana w średnim wieku.
Przetrzymują go w górskim domku. Okazuje się, że ich więzień jest „kombatantem” wydarzeń roku 1968. Dawno przestał jednak walczyć o wolność, równość i braterstwo, cieszy się dobrze płatną pracą, domem z ogrodem, jachtem i życiem rodzinnym. Przez moment udaje mu się nawiązać bliskikontakt z porywaczami, może nawet czuje do nich sympatię, opartą nie na syndromie sztokholmskim, lecz wspólnocie doświadczeń. Bohaterowie ostatecznie wymykają się wymiarowi sprawiedliwości.
Ideały nie zderzają się z prozą rzeczywistości. Film kończy scena, w której młodzi ludzie stawiają sobie większy cel – zamierzają dokonać spektakularnego aktu dywersji. Film pozostawiał jednak smutną refleksję. Może to i prawda, że – jak mówi ludowe przysłowie – kto nie był za młodu lewakiem, ten na starość będzie świnią, ale jeśli nawet nie będzie świnią, to kim?


Fałszywa epifania

W każdym istnieje mniej lub bardziej jawna potrzeba wzniosłości i wyższych celów życiowych. Wydarzenia, które ukształtowałoby naszą tożsamość, postawę moralną. Czegoś do opowiadania wnukom. Fundującego doświadczenia, bez którego nasze życie nie wyglądałoby już tak samo. I nie przeżywanego intymnie, lecz wspólnie. Doświadczenia, które dałoby nam poczucie wspólnoty,przynależności, określiłoby nasze miejsce i rolę w społeczeństwie. Najlepiej, jeśli byłby to „słodki ptak młodości”. Bo po co przeżywać przełomowy moment na dzień przed setnymi urodzinami?

Znamy takie historie z filmów – potrafią nas na chwilę wzruszyć. Albo z opowiadań innych. Dla pokolenia ojców i dziadków będą to na przykład powstanie warszawskie, wydarzenia roku 1968, Woodstock, pierwsza Solidarność… Takim fundującym doświadczeniem może być moment, w którym odważymy się mówić własnym głosem. Gdy zachowujemy się wbrew ustalonym regułom, na przekór władzy, ale w zgodzie z własnym sercem. Dla środowisk LGBT będą to wypadki wnowojorskim barze Stonewall, a na naszym lokalnym podwórku – Parada Równości z 2005 roku, zakazana przez ówczesnego prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego, a która odbyła się w geście obywatelskiego nieposłuszeństwa. Już jako prezydent Polski Kaczyński, profesor prawa, dowiedział się od Trybunału w Strasburgu, że działał niezgodnie z Europejską konwencją praw człowieka. Czasami jednak doświadczamy „czegoś”, ale po chwili okazuje się, że życie nie zmienia się ani po śmierci papieża, ani po śmierci prezydenta.

W innym głośnym filmie, Shortbus Johna Camerona Mitchella (2006), u nas rzadko wyświetlanym, oglądamy Nowy Jork po wydarzeniach 11 września. Młodzi ludzie przybywają tłumnie do miasta, mimo panującej w nim drożyzny, bo upadek wież World Trade Center to „jedyna rzeczywista rzecz, która im się w życiu przytrafiła”. Tak tłumaczy to zjawisko właściciel(ka) tytułowego Shortbusu, klubu, gdzie rozgrywa się duża część akcji. W samym filmie „rzeczywisty” jest nowojorski blackout, awaria prądu z sierpnia 2003 roku, podczas którejBohaterowie przechodzą transformację. Zagubieni spotykają się w Shortbusie, gdzie każdy odnajdzie dla siebie miejsce na seksualnym spektrum. „Jak w latach sześćdziesiątych, tylko bez wielkich idei”. Jakby w dzisiejszym świecie potrzeba „rzeczywistego” zastąpiła potrzebę „wzniosłego”.

Oglądając Shortbus, przypomniałem sobie zakończenie Czarodziejskiej góry Tomasza Manna, gdy Hansa Castorpa z sanatorium uwalnia nie nowatorska kuracja, lecz wybuch I wojny światowej. Ale gdy para głównych bohaterów filmu Jamie i James udaje się do terapeutki, by spróbować rozwiązać problemy w swoim związku i jednemu z nich wydaje się, że przeżył właśnie przełom (breakthrough), ta – sama cierpiąca na preorgazmię – tłumaczy: nie ma czegoś takiego jak moment przełomowy, są tylko fałszywe epifanie (false epiphany).

Mokotowska

Z Nowego Jorku przenosimy się do Śródmieścia Warszawy. Znajdujemy się na ulicy Mokotowskiej. Jest ciepły czerwcowy dzień. Mokotowska z pozoru wygląda jak pierwsza lepsza ulica, nieco zaniedbana, z nie zawsze prostym chodnikiem, nierówno zaparkowanymi samochodami. Ale nie jest to już Mokotowska, o której pisał Jan Lechoń. Dzisiaj to tutaj należy przyjść, chcąc podsłuchać plotki z warszawskiego high life’u. W należącej do Piotra Najsztuba restauracji Przegryź lepiej mówić szeptem, tu ściany mają uszy, a dowiedzieć się można nawet czegoś na własny temat. Mokotowska to przede wszystkim modne butiki, przez szaraków oglądane zza ogromnych szyb wmontowanych w zaniedbane fasady podniszczonych kamienic. To tu sprzedaje Ania Kuczyńska, a w butach z Warszawskiej Nike jeszcze niedawno chodziło „pół Warszawy”. Wszystkie stołeczne wannabies ciągną na Mokotowską jak myszy do sera. I to na Mokotowskiej ma swą siedzibę jedna z najprężniejszych warszawskich fundacji – Bęc Zmiana, prowadzona przez Bognę Świątkowską, notabene legendę polskiego hip-hopu, zwaną jego matką. Można tu przyjść obejrzeć niewielką wystawę lub kupić warszawskie gadżety. W rzeczywistości fundacja odpowiada za liczne projekty prowadzone w przestrzeni miasta – wystawy, seminaria, warsztaty… W tym roku obchodzi dziewiątą rocznicę istnienia.

W czerwcu przed siedzibą fundacji, na zaanektowanym fragmencie bruku, rozbił się czerwony namiot. Namiot jak namiot, wiele takich stoi na kempingach. Znamy je z wakacji, znad brzegów jezior, z festiwali rockowych. Oczywiście, był to w centrum miasta widok niespotykany. I od razu kojarzył się z czymś nielegalnym, tymczasowym, surrealnym. Kontekst miejsca, otwarte drzwi do Bęc Zmiany, powodował, że namiot stawał się też czymś „cool”.

Na czerwonym namiocie przed Bęc Zmianą widniał napis „Yes we camp”, trawestacja hasła Baracka Obamy, podpatrzona wiosną tego roku na Puerta del Sol w Madrycie, gdzie trwała pokojowa manifestacja. Młodzi ludzie od 15 maja 2011 roku okupowali plac w centrum stolicy Hiszpanii. Stamtąd też przyjechał czerwony namiot. Przywieźli go członkowie Kolektywu 12 Plemion, którzy uczestniczyli w madryckich wydarzeniach. Gdy 12 czerwca miasteczko namiotowe na Puerta del Sol się zwinęło, organizatorzy zapowiedzieli przeniesienie inicjatywy w inne miejsca. Kolektyw podjął to hasło. Już 17 czerwca ich namiot stał na Mokotowskiej. Można tam też było obejrzeć przywiezione z Madrytu zdjęcia oraz zapoznać się z polskim tłumaczeniem Manifestu Ruchu 15 Maja. Manifest opowiada o „bezradności zwykłego obywatela”, społecznych nierównościach, władzy skumulowanej w rękach mniejszości, słabych punktach współczesnej neoliberalnej demokracji. Autorzy manifestu głoszą potrzebę rewolucji etycznej. „Jestem przekonany, że mogę to zmienić. Jestem przekonany, że mogę pomóc. Wiem, że razem możemy. Chodź z nami. To twoje prawo” – czytamy.

Polacy spisali też swoją relację z pobytu w Madrycie, gdzie na placu Puerta del Sol miasteczko namiotowe z dnia na dzień zaczynało żyć własnym życiem: „Jest biblioteka, jest radiowęzeł, jest cafeteria, stolarnia, pracownia plastyczna, punkty info, teatr, grupy dyskusyjne, medytacyjne, polityczne, kuchnia, kino, dwie fontanny i cztery wyjścia z metra, jest punkt medyczny – rozdający głównie kremy przeciwsłoneczne, jest kiosk z gazetami, są ekipy sprzątające, reiki, masaże i malutki namiot aktywistów żądających autonomii dla Sahary Zachodniej. I jest przyczajona w cieniu sąsiednich uliczek policja”. Towarzystwo zaś jest międzynarodowe: „[Jean] poczuł, że musi tu być, więc wsiadł rano w pociąg i przyjechał do Madrytu na kilka godzin, i że wieczorem wraca, bo jutro ma pracę, i że będzie tu przyjeżdżał co weekend. Damian przyjechał z Nowego Jorku, Lisa z Portugalii, Jan z Pragi, Eva z Kopenhagi. I wszyscy obiecujemy sobie, że wreszcie kiedyś nauczymy się hiszpańskiego”. Tylko czasami przeszkadzają im natrętni turyści: „Większość z nich z aparatami, kamerami, smartfonami. Zaczyna być to uciążliwe: kilka osób robi mi zdjęcie, jak piję wodę, kolejnych kilka, jak zakręcam butelkę, i jeszcze tylko jedna Niemka z przyklejonym canonem cierpliwie czeka na kolejne działanie. Zapalam papierosa, słyszę trzask migawki, Niemka odchodzi, a ja zaciągam się głęboko”. Zawsze można odreagować, „w przypływie refleksji […] napisać jakieś hasło i powiesić gdzieś obok”.

Pomarańczowe szaliki

Nie po raz pierwszy pojawia się namiot w przestrzeni Warszawy. W listopadzie i grudniu 2004 roku po sfałszowanych wyborach na Ukrainie rozkręcały się wydarzenia na kijowskim placu Niepodległości (dawniej placu Rewolucji Październikowej), które szybko okrzyknięto pomarańczową rewolucją. Dzień po ogłoszeniu przez komisję wyborczą wyników na placu Wolności zebrało się prawie dwieście tysięcy osób i powstało okupujące plac miasteczko namiotowe. Mieszkańcy Warszawy solidaryzowali się z wydarzeniami w Kijowie chociażby pomarańczowymi akcentami. Pomarańczowe szaliki zawisły na pomnikach: Aleksandra Fredry w Poznaniu, Tarasa Szewczenki i Adama Mickiewicza w Warszawie, na fontannie Neptuna w Gdańsku. Pomarańczowa Alternatywa z Majorem Frydrychem na czele, która w latach osiemdziesiątych wsławiła się absurdalnymi antyreżimowymi manifestacjami, zorganizowała akcję szydełkowania pomarańczowego szala, przewiezionego później do Kijowa. Ogromne pomarańczowe banery zawisły na Pałacu Kultury. Pod ambasadą ukraińską w Warszawie rozbito też namiot – znak solidarności z Ukraińcami.

Wybory na Ukrainie powtórzono. Wygrał je Wiktor Juszczenko. Wydarzenia te pokazały zmianę stosunku Ukraińców do władzy państwowej, jednak, jak pisał Bohdan Osadczuk, „rewolucja […] nie utworzyła żadnych swoich organów, instytucj wanie jej postulatów. To było jej słabością i to wykorzystali sprytni działacze, a Juszczenko okazał się zbyt słaby. Zaczął rozdzielać nagrody nie za rewolucję, a faktycznie za wygrane wybory. I to doprowadziło do powstania gabinetu tak różnych sił, że niezdolnego do normalnej pracy. Zaczęły się niesnaski, podstawianie nóg” [1].

Wiosną 2005 roku mieliśmy zaś w Warszawie całe pole namiotowe, ochrzczone „białym miasteczkiem”. Naprzeciwko budynku Rady Ministrów pikietowały pielęgniarki,mieszkając w rozstawionych na trawnikach namiotach polowych. Wydarzenia te wspominała artystka Joanna Rajkowska: „Nigdy nie widziałam protestu zorganizowanego z taką  godnością i z taką inwencją. Nienagannie ubrane siostry co godzinę ustawiały się w szereg i szły Alejami Ujazdowskimi, skandując hasła i uderzając pustymi plastikowymi butelkami. Towarzyszyły temu syreny. To był język, który miał swój rytm, swoją strukturę i dramatyczny wyraz. […] Rząd Jarosława Kaczyńskiego był zdolny jedynie do zbudowania systemu zapór wokół budynku Rady Ministrów, rozstawienia setek policjantów, a potem kiedy pielęgniarki, zaproszone przez premiera, czekały na niego parę dni w jego gabinecie – do wydania polecenia zagłuszenia ich telefonów komórkowych”[2].

Rajkowska w tym czasie remontowała swą palmę na rondzie de Gaulle’a. Pozbawiony liści pień palmy otoczony był rusztowaniem. Na znak solidarności mieszkańców Warszawy z protestem pielęgniarek powieszono na nim baner symbolizujący pielęgniarski czepek. Na krótki moment palma zyskała konkretne polityczne przesłanie. Dzisiaj podzieliła los wielu prac w przestrzeni publicznej – z symbolu pozytywnego wybryku powoli obumiera w wielki gadżet i „symbol miasta”.

Ucieczka przez namiot

Po co komu namiot w Śródmieściu? Pewnie po to, by sobie w nim chwilę pomieszkać. Taką funkcję namiot spełniał na madryckim Puerta del Sol. Na Mokotowskiej stawał się już powtórzonym, wyabstrahowanym gestem. Niezależnie od celów autorów, którym przyświecały społecznikowskie i aktywistyczne intencje, rozstawienie namiotu w Warszawie było bliższe wydarzeniu artystycznemu.

I niekoniecznie jest to ograniczenie. Odosobniony, nabierał nowych znaczeń, także w kontekście pola artystycznego. Przypominał chociażby słynną pracę Tracey Emin z 1995 roku – Everyone I Have Slept With 1963–1995. Na ścianach namiotu artystka wyszyła wówczas nazwiska osób, z którymi znalazła się w intymnych sytuacjach na przestrzeni trzydziestu lat swego życia. Gdy namiot, należący do Charlesa Saatchiego, spłonął w pożarze jego magazynów ze zbiorami sztuki, artystka odmówiła odtworzenia pracy. U Emin łóżko (My Bed, 1998) czy namiot to przestrzenie eksterytorialne, naznaczone intymnością.

Przewrotnie wykorzystał namiot Paweł Althamer, w którego twórczości kilkukrotnie powracała idea przenośnego domu czy anektowania przestrzeni publicznej (Domek na drzewie, 2001), pytania o granice prywatności. Podczas Targów Frieze w Londynie w 2003 roku Althamer postawił trójkątny namiot z tropikiem, ukrywający nielegalne wejście do pawilonu – również namiotu, tylko ogromnych rozmiarów – w którym odbywały się prestiżowe targi.

Namiot postawiony przez Kolektyw 12 Plemion również nosił znamiona wybryku,wykorzystania przestrzeni publicznej dla zamanifestowania własnej postawy. Stawiał pytanie o miejsce postulatów Ruchu 15 Maja w Polsce. Ale przede wszystkim wyrażał marzenie o doświadczeniu rzeczywistego. A może było to  echo fałszywej epifanii?

 

Karol Sienkiewicz (ur. 1980) - historyk i krytyk sztuki, redaktor książek, między innymi zbioru tekstów Andy Rottenberg o sztuce lat osiemdziesiątych Przeciąg (z K. Redzisz). Jako krytyk współpracuje z dwutygodnik.com.