Mocak_mobile_icon
Aplikacja mobilna
Zaplanuj wizytę w muzeum, sprawdź aktualne wydarzenia oraz zwiedzaj wystawy z mobilnym przewodnikiem.
Pobierz Zamknij
Languages

Wolność indywidualna i zbiorowa w naukach przyrodniczych i matematycznych – Stanisław Bajtlik

Grzegorz Białkowski (fizyk, poeta, rektor Uniwersytetu Warszawskiego w latach 1985–1989) w przemówieniu na Kongresie Kultury Polskiej w grudniu 1981 roku powiedział: „Nauka jest postrzegana jako zaawansowana hydraulika. Gdy mówię, że jestem fizykiem, to zaraz ktoś prosi mnie o naprawienie zepsutego telewizora, oskarża o zatrucie jeziora Erie albo obarcza odpowiedzialnością za Hiroszimę”.

Jak zauważył matematyk i kosmolog Michał Heller na Kongresie Kultury Polskiej w 2000 roku: „W naszych czasach i w naszym potocznym języku często stosujemy rozróżnienie: »nauka« i »kultura«. To bardzo zły nawyk. Nauka jest nie tylko częścią kultury, ale należy do jej jądra. Bez niej tkwilibyśmy ciągle w epoce barbarzyństwa, a świat byłby dla nas w najlepszym razie magicznym symbolem. Kultura, razem ze swoją istotną częścią – nauką, nie jest dla ludzkości produktem luksusu, bez którego w trudniejszych czasach można się obyć. Jest dla ludzkości kwestią tożsamości i kwestią jej przeżycia. Sprawa »o kulturę« jest sprawą »o człowieka«”.

Są istotne różnice pomiędzy nauką i sztuką, ale twórczość, oryginalność, nowatorstwo są wspólnymi cechami działalności w obu dziedzinach. Wspólny jest też problem wolności. W nauce podstawowym pojęciem z nim związanym jest „swoboda akademicka” – zasada mówiąca, że badacze i nauczyciele mają prawo do prowadzenia badań, ogłaszania wyników i przekazywania wiedzy bez „niebędących koniecznymi” ograniczeń ze strony prawa, instytucji czy presji publicznej. Zasada prosta, ale interpretacja tego, czym są „konieczne ograniczenia”, to temat gorących sporów, sądowych procesów i niekończącej się debaty. W praktyce okazuje się, że uczeni poddawani są wielorakim presjom i ograniczeniom ze strony polityków, ośrodków finansujących, opinii publicznej, ośrodków religijnych, społeczeństwa en masse, a także włas­nego środowiska i własnych uprzedzeń (w tym na przykład chorobliwych ambicji).

W tych rozważaniach pominiemy ograniczenia wynikające z przeszłych sytuacji politycznych i ideologicznych. Wszyscy pamiętają los Hypatii, Giordana Bruno, Galileusza, zakazy przeprowadzania sekcji zwłok, rozprawę Hitlera z nauką niemiecką, Łysenkę i Lepieszynską w ZSRR. Okazuje się jednak, że nawet w nowoczesnych, liberalnych demokracjach problem wolności w nauce jest żywy.

W wielu krajach, na przykład w Niemczech, w Republice Południowej Afryki czy w Rosji, konstytucje zawierają zapisy chroniące wprost „wolności akademickie”. We ­Francji ­profesorowie są członkami służby cywilnej i podlegają związanym z tym regulacjom, a swobody zapewniają akty prawne Francuskiej Rady Konstytucyjnej (odpowiednika naszego Trybunału Konstytucyjnego). W USA powszechnie respektowane jest 1940 Statement of Principles on Academic Freedom and Tenure, choć jest to tylko deklaracja stowarzyszeń profesorów i uniwersytetów. Spory rozstrzygane są na podstawie odwołania się do pierwszej poprawki do amerykańskiej konstytucji, gwarantującej między innymi wolność słowa. Nasza przegadana konstytucja jest w tej sprawie bardzo oszczędna. Tylko artykuł 54. paragraf 1. orzeka: „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”. Oznacza to, że na przykład wykładanie poglądów Arystotelesa nie jest chronione (bo nie są to „poglądy włas­ne” wykładowcy, no chyba że podciągniemy to pod „rozpowszechnianie informacji”, ale co na przykład ze stawianiem pytań? Te nie są ani poglądami, ani informacjami). Mimo to w USA od lat toczą się sądowe procesy dotyczące prawa do nauczania kreacjonizmu czy „teorii inteligentnego projektu” jako konkurencji dla teorii ewolucji.

W pierwszym przybliżeniu problem wolności w naukach podstawowych można rozdzielić na problem wolności prowadzenia badań (wyboru tematu, miejsca, metody) i problem ogłaszania wyników czy przekazywania wiedzy studentom. Problem ze swobodą publikowania wyników badań jest stary jak świat. Kara śmierci za ujawnienie odkrycia liczb niewymiernych (takich jak π czy √2)? Proszę bardzo! Jak pisze neoplatończyk Jamblich (około 250–326) w O życiu pitagorejskim (rozdział XXXIV): „[Pitagorejczycy] nie chcieli tak mówić ani pisać, by sens ich myśli jawił się jasno każdemu; powiadają, że tego właśnie jako pierwszy nauczył Pitagoras swych towarzyszy, tak by wolni od niepowściągliwości w języku strzegli dzięki sztuce myślenia tego, czego się nauczyli. Mówi się, że ten, który pierwszy ujawnił ludziom niegodnym uczestniczenia w naukach naturę symetrii i asymetrii, został tak znienawidzony, że nie tylko wyłączono go ze wspólnego obcowania i wspólnego stołu, lecz także wzniesiono mu [symboliczny] grobowiec jako temu, który rozstał się z życiem człowieczym i stał się kimś innym, niż był przedtem. Inni powiadali, że dajmon gniewa się na tych, którzy ujawnili nauki Pitagorasa. Zginął bowiem na morzu jako świętokradca ten, […] który przekazał naukę o niepoliczalnym i niewymierzalnym”[1].

Dziś na straży czystości publikowanych wyników badań naukowych stoi system uprzednich recenzji, peer review, oceny publikacji przez członków samego środowiska. System wprowadzony pod koniec XVII wieku w ­Royal Society doskonale działa, ale ma swoje wady. Złośliwość recenzentów, blokowanie publikacji, niemożność wydania rzetelnej opinii (jak recenzent może sprawdzić, czy fizycy używający LHC  – Wielkiego Zderzacza Cząstek w CERN przeprowadzili doświadczenie rzetelnie? Takie urządzenie jest na świecie tylko jedno. Jak sprawdzić, czy obserwacje Kosmosu przeprowadzone przy użyciu jedynego w swoim rodzaju instrumentu są rzetelne?) – to wszystko sprawia, że w systemie „publikuj albo zgiń” powstają problemy. Złośliwi mówią, że dziś każda recenzja zawiera (przynajmniej w pierwszej wersji) trzy elementy: „ten wynik jest błędny, a nawet jeśli jest prawdziwy, to jest nieistotny, a poza tym ja go uzyskałem wcześniej”. A wszystko po to, by opóźnić publikację, by faworyzować przyjaciół, a nawet samego siebie. Pojawienie się na początku lat 90. internetowych „bulletin boards”, gdzie można było błyskawicznie zamieszczać artykuły naukowe, które jeszcze się nie ukazały, a często nigdy potem nie ukazały się w wersji papierowej, wydawało się przełomową zmianą. Niestety duża liczba nierzetelnych artykułów oraz prowokacji spowodowała, że wprowadzono mechanizmy selekcji (teksty mogą umieszczać jedynie zatwierdzeni, sprawdzeni wcześniej autorzy).

Wolność w nauce nierozłącznie wiąże się z uczciwością. Każdy uczony na początku swej kariery, odbierając dyplom doktora, składa ślubowanie: „badania naukowe w swoich dyscyplinach ochoczo i gorliwie będziesz uprawiać i rozwijać nie z chęci marnego zysku czy dla ­osiąg­nięcia próżnej sławy, lecz po to, by tym bardziej krzewiła się prawda i jaśniej błyszczało jej światło, od którego zależy dobro rodzaju ludzkiego”. Gdyby traktować to poważnie, to na przykład publikacje naukowe powinny być anonimowe (w końcu chodzi o odkrycie prawdy, a nie o sławę odkrywcy), a uczeni nie powinni pobierać wynagrodzeń za wynalazki, podręczniki itd. Czy ktoś potraktuje to poważnie?

Wolność w badaniach naukowych jest szczególnie ograniczona tam, gdzie dotykają one bezpośrednio żywych ludzi i moralności. Problemy z badaniami nad komórkami macierzystymi, in vitro, relacjami poziomu inteligencji w stosunku do jakichś czynników określających badaną grupę, terapiami genetycznymi – to tylko przykłady. Testowanie nowych leków i metod leczenia na ludziach podlega ścisłym regulacjom i ograniczeniom. Eksperymenty psychologiczne często budzą kontrowersje i oburzenie. Używanie zwierząt do badań jest sporne. Tematem tabu są niektóre badania antropologiczne (nic dziwnego po historii z „albumem Lombroso”). Częściowo reguluje te sprawy prawo (na przykład polska konstytucja w artykule 39.: „Nikt nie może być poddany eksperymentom naukowym, w tym medycznym, bez dobrowolnie wyrażonej zgody”).

Przykład platończyka, który poniósł (być może) śmierć za ujawnienie odkrycia liczb niewymiernych, jest poruszający. Ale i dziś od wielu (większości?) uczonych oczekuje się (wbrew doktorskiemu ślubowaniu)… milczenia. Większość badań naukowych jest finansowana przez korporacje i wojsko. Ich wyniki są tajne albo z chęci uzyskania przewagi nad wrogiem, albo zarobienia pieniędzy. Takie podejście idealistów, jak na przykład twórców CERN (Europejskiego Ośrodka Badań Jądrowych), którzy w założycielskiej konwencji (1952 rok) zapisali: „organizacja nie może się angażować w badania wojskowe, a wyniki mają być publikowane i powszechnie dostępne”, to już dziś wyjątek.

Pojawia się także problem własności odkryć naukowych. Niedawno byliśmy świadkami orzeczeń sądowych w sprawie opatentowania ludzkiego genomu! Znane są problemy z lekami generycznymi i w ogóle z „własnością intelektualną”. Dobrze, że nie opatentowano koła. Instytucje finansujące badania nie od dziś przypisują sobie prawo własności nie tylko do wyników badań, ale także… do samych uczonych. Słynna jest historia Abrahama Flexnera, dyrektora Institute for Advanced Study w Princeton, który w latach 30. ubiegłego wieku przejął list od prezydenta Franklina Delano Roosevelta do Alberta Einsteina, zapraszający uczonego na tydzień pogawędek w Białym Domu. Odpowiedział, iż pan Einstein jest bardzo zapracowany i nie może pojechać – uważał go za swoją własność. Einstein o niczym nie wiedział.

„Pan każe, sługa musi”. Najsilniejszym ograniczeniem wolności uczonych jest sposób finansowania nauki. Mecenasi (agencje rządowe, wojsko, korporacje) narzucają tematy badań, a nawet… wyniki. W większości systemów wniosek o pieniądze na badania musi zawierać opis ich przewidywanych rezultatów. Czyli uczony z cztero-, pięcioletnim wyprzedzeniem ma powiedzieć, co odkryje, i jest potem z tego rozliczany. Wszędzie, także w ostatnich latach w Polsce, istnieje presja na prowadzenie tylko badań „przynoszących praktyczne korzyści”. To tak jakby minister kultury zapowiedział, że zamiast Zachęty będzie finansował malarzy pokojowych, zamiast Warszawskiej Jesieni twórców „miusac” (muzykopodobnego wyrobu straszącego w windach i na lotniskach), a zamiast ambitnych filmów telenowele. Można to wyrazić też pytaniem: co prostemu człowiekowi po teorii Kopernika? Badania stosowane są konieczne, ale nie będą przynosić wyników, jeśli system nie będzie oparty na nieskrępowanych (i niepozwalających przewidzieć wyników) badaniach podstawowych.

Zależność uczonych od mecenasów ilustruje cytat z listu Keplera, odkrywcy praw rządzących ruchem planet, z kwietnia 1630 roku: „Wróciłem z Jičína, gdzie mój mecenas [Albrecht von Wallenstein, dowódca wojsk cesarskich w wojnie trzydziestoletniej] przetrzymał mnie przez trzy tygodnie [dla konsultacji astrologicznych]. Obydwaj straciliśmy przez to mnóstwo czasu”[2]. Freeman Dyson, fizyk, jeden z twórców elektrodynamiki kwantowej, futurolog, publicysta, zwraca uwagę, że uczeni dopuszczają się „zdrady klerków”, oferując swą wiedzę i talenty dla zaspokojenia frywolnych potrzeb bogatego świata (gry komputerowe, kino IMAX, leki na odchudzanie, wyrafinowane środki transportu, setki gadgetów itd., itp.), a ignorując elementarne potrzeby większości ludzi (leki na malarię, dostęp do wody pitnej, walka z głodem, powszechna oświata itd., itp.). Od połowy lat 90. ubiegłego wieku większość nakładów na badania nad nowymi mikroprocesorami, kartami wideo, szybkimi pamięciami pochodzi od przemysłu rozrywkowego (głównie gier komputerowych).

System oceniania i rozliczania nieuchronnie prowadzi do konfliktu z wolnościami akademickimi. Na początku lat 90. ubiegłego ­wieku głośny stał się konflikt pomiędzy profesorem Pietem Hutem, astrofizykiem w Institute for Advanced Study w Princeton, a jego pracodawcą. Hut, uznany i produktywny uczony, angażował się w „badania” wykraczające poza standardową naukę. Był współzałożycielem różnych instytutów związanych z „alternatywnymi metodami poznania”. Powtarzał, że chodzi mu o sprawdzenie, „co jeszcze [oprócz konwencjonalnej nauki] jest prawdziwe”. IAS uznał, że godzi to w jego reputację, i usiłował zwolnić Huta z pracy, godząc w świętą zasadę akademickiego tenure (uczeni o statusie profesora są nieusuwalni z pracy). Doszło do gorszącego sporu sądowego, zakończonego ugodą. Kto miał rację? Nieżyjący już, znakomity polski astrofizyk Bohdan Paczyński ten i podobne przypadki skomentował: „Jeśli uczony prowadzi badania i uzyskuje wyniki w ramach konwencjonalnej nauki, to powinien mieć prawo do niekonwencjonalnych eksperymentów”.

Ostra rywalizacja (o sławę i pieniądze) przynosi efekt ograniczenia wolności. Pamiętam widok słynnego uczonego w Princeton biegnącego z kopertą z nowym artykułem za odjeżdżającą furgonetką FedExpress. Chodziło o to, by jeszcze tego dnia wysłać do redakcji artykuł, „zaklepując sobie” prawo pierwszeństwa. Powstaje pytanie: skoro jutro ktoś inny też mógłby to odkryć, to jaka jest tego wartość? Często słyszałem od młodych naukowych „wilczków”, przebierających nóżkami do akademickiej kariery, prymusowskie pytania: „Czy ten pogląd jest akceptowany przez społeczność [uczonych]?”. Rodzi to efekt „bandwagon”, stadnego zachowania, konformizmu, ograniczającego wolność poszukiwań. Znane są w historii przypadki, kiedy wyłamywanie się z grupy prowadziło do ostracyzmu, a potem samobójstw (na przykład Ludwig Boltzmann, prekursor teorii atomowej budowy materii) czy szaleństwa (na przykład matematyk Gregor Cantor, pionier badań nad nieskończonością).

Problem uznawania prawa do pierwszeństwa odkrycia, zdobycia sławy i wiążącej się z tym kariery i finansowania badań podsyca krępującą wolność uczonych niepohamowaną, czasem wręcz chorobliwą ambicję. Włoski matematyk Girolamo Cardano (1501–1576), wynalazca między innymi „przegubu Cardana”, stracił nawet coś więcej niż „mnóstwo czasu” jak Kepler. Przepowiedział bowiem z gwiazd dzień własnej śmierci, a gdy ta nie nadchodziła, powiesił się 21 września 1576 roku po południu w oknie swego rzymskiego domu, by wszyscy mogli się przekonać, że jednak miał rację.

[1] Porfiriusz, Jamblich, Anonim, Żywoty Pitagorasa, tłum. J. Gajda-Krynicka, Epsilon, Wrocław 1993, s. 58.

[2] Cyt. za: J. Dobrzycki, Kepler w Żaganiu, „Rocznik Lubuski” 1975, t. 9,  s. 289.

Stanisław Bajtlik (ur. 1955) – astrofizyk, pracownik Centrum Astronomicznego im. Mikołaja Kopernika PAN w Warszawie. Autor kilkudziesięciu prac naukowych z dziedziny kosmologii.  Członek Rady Naukowej Warszawskiego Festiwalu Nauki. Laureat Nagrody Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Prezesa PAP za popularyzację nauki w 2007 roku oraz Nagrody i Medalu im. Krzysztofa Ernsta Polskiego Towarzystwa Fizycznego za rok 2008.